Jak się okazało po przyjeździe do Eilatu – nie każdy wie o atrakcji zwanej Red Canyon. Mieliśmy ją na swojej liście od dawna i bardzo chcieliśmy zobaczyć te miejsce – oddalone o ponad 22 km do miasta, znajdujące się na pustyni Nagrev.

IMG_9500 - Kopia

Odwiedziliśmy je w przedostatni dzień naszego wyjazdu. Nie mieliśmy już zbyt wiele pieniędzy, więc zaczęliśmy myśleć jak najtaniej można by się tam dostać… W naszym hotelu powiedziano nam, że można się tam udać jedynie Jeepem, a koszt w jedną stronę dla jednej osoby to aż (!) 200 zł. Ta opcja nie wchodziła w grę. Bardzo miła pani starała się nas przekonać, że inaczej się nie da. Wiedzieliśmy, że to po prostu naciąganie i bzdury, więc udaliśmy się na pobliski postój taksówek. Jak już wspomniałam w innym wpisie, język angielski jest bardzo popularny w Izraelu, więc bez problemu można się dogadać.
– Dzień dobry, ile kosztuje przejazd w jedną stronę do Red Canyon? – zapytaliśmy, jednak taksówkarz wyglądał jakby nie wiedział o co nam chodzi.- Red Canyon? Mieszkam w Izraelu od 50 lat i pierwsze słyszę o takiej atrakcji!
Trochę skonsternowani, wyciągnęliśmy mapę i pokazaliśmy o co nam chodzi (wcześniej myślał, że to w pobliżu jakiejś galerii handlowej).
– 130 szekli – usłyszeliśmy w końcu, po długim zastanowieniu.
– W takim razie musimy się jeszcze zastanowić. Dziękujemy.

IMG_9662

Cena była zbyt duża. I to w jedną stronę. Postanowiliśmy popytać jeszcze innych taksówkarzy, ale dopiero jak weźmiemy z hotelu aparat, telefony, a ja bluzę (w Eilacie strasznie wieje o tej porze). Zdawaliśmy sobie sprawę, że była już prawie godzina 14, a o 17 robi się ciemno. Musieliśmy się pośpieszyć. Rozważaliśmy przez chwilę pojechanie tam na stopa, jednak wydało nam się to zbyt ryzykowne (po zmroku na pustyni moglibyśmy mieć z tym duży problem).

Wróciliśmy na postój i wypytaliśmy się dwóch innych taksówkarzy. Jeden z nich był bardzo miły, znał biegle angielski i rzucił cenę 105 szekli. Wsiedliśmy bez zastanowienia. Był Izraelczykiem, miał ciemną karnację i czarne okulary przeciwsłoneczne. Wiedział gdzie jedzie, widocznie już wcześniej tam był. My również wiedzieliśmy, że wysadzi nas koło ulicy, tuż przy granicy z Egiptem, a dalej będziemy musieli już iść sami, pieszo.

Jechaliśmy niespełna 20 min., bardzo szybko (zwłaszcza na zakrętach…), wiatr rozwiewał mi włosy (mężczyzna pootwierał szyby), widocznie wziął sobie do serca to, że zostało nam bardzo mało czasu do zmroku i musimy przejść tę trasę w miarę szybko. A może po prostu lubił szybką jazdę.

Gdy dojechaliśmy na miejsce i wręczyliśmy mu 105 szekli, zatrzymał nas jeszcze na chwilę.
– Tylko bądźcie ostrożni! – powtórzył chyba ze trzy razy, a my oczywiście odpowiedzieliśmy, że tak właśnie zamierzaliśmy (w końcu chcieliśmy tylko pozwiedzać, nie wspinać się nie wiadomo gdzie, w jakichś stromych i niebezpiecznych miejscach – no może tego też chcieliśmy, ale ja mam lęk wysokości, a czasu zostało nam niestety zbyt mało).
– Nie ryzykujcie, nie warto! – ostrzegł nas któryś już raz, a my tylko uśmiechnęliśmy się i wzięliśmy od niego numer telefonu do centrali taksówek.
– Poczekajcie! Gdyby coś się stało, gdybyście się zgubili, albo stało się coś złego, dam wam mój prywatny numer telefonu – zadzwońcie, znajdę was – dodał, podając również prywatny numer do siebie. – Wróćcie przed siedemnastą, nim zrobi się ciemno. Po zmroku wychodzą tu zwierzęta i robi się niebezpiecznie.

IMG_9440

Pożegnaliśmy się, podziękowaliśmy i ruszyliśmy wgłąb pustyni. Szlak prowadzący do Red Canyon był oznaczony na biało-zielono. Wystarczyło iść wzdłuż niego, po prostej drodze. Nigdzie nie było lamp, ani żadnych ludzi. Ulice również świeciły pustkami. Auta przejeżdżają tam co kilkadziesiąt minut, nie jak w mieście – jedno za drugim. Było bardzo gorąco, jednak dokuczał mi trochę wiatr. Po chwili przyjechał autokar z kilkoma turystami, którzy podjechali nim bliżej, niż my autem, więc nas wyprzedzili. Było to kilka dziewczyn z chustami na głowie i kilkoro mężczyzn + przewodnik. Wszyscy z plecakami, wodą do picia, aparatami – uśmiechnięci i zadowoleni. Szliśmy za nimi. Po jakimś czasie droga trochę się zmieniła, zaczęliśmy schodzić po kamieniach coraz niżej. Otaczały nas wysokie skały, które w świetle przybierały bardzo czerwony kolor. Pagórki, skały – niskie i bardzo wysokie, wszystko ładnie i pięknie, ale na końcu czekała drabina. Prowadząca w dół kanionu, metalowa, bez barierek. Z moim lękiem wysokości miałam duży problem z zejściem w takim miejscu. Postanowiłam pokręcić się po okolicy, nakręcić kilka filmików, wejść na wyższe skały obok (o, ironio) i porobić zdjęcia – mój chłopak poszedł jednak po drabinie, szlakiem w dół. Nie było go jakieś pół godziny. W tym czasie grupa, która była przed nami, już wracała. Szlak powrotny był 10 x gorszy (przynajmniej wg mnie) – trzeba było wchodzić po różnych drabinach (pionowych), trzymać się skał żeby nie spaść, różnych uchwytów… Zostałam sama. Gdy wrócił, spotkaliśmy się gdzieś w połowie drogi.

drabina

Zaczęło się ściemniać. Zdecydowaliśmy się porobić jeszcze kilka zdjęć, wejść na jedne z wyższych skał, a później wracać. Trochę nam to zajęło, więc przyspieszyliśmy – droga w jedną stronę zajmuje trochę czasu. Wyszliśmy z kanionu, wyciągnęliśmy telefon i sprawdzaliśmy zasięg. Słońce zaszło, gdy byliśmy już 10 min od głównej drogi. Na szczęście nie w kanionie, bo nie wiem jak wydostalibyśmy się stamtąd po ciemku. Zasięg był, dzwonimy. Jeden, drugi raz, trzeci. „Błędny numer”. Dzwonimy na drugi, ten awaryjny. Włącza się poczta. Dzwonimy drugi raz po 10 minutach – znowu poczta głosowa. Zostaliśmy sami na pustyni, kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Zrobiło się zimno, wiatr był mocniejszy, w pobliżu nie było nawet żadnej lampy. Temperatura spadła o jakieś 15 stopni.

IMG_9696

Zastanawialiśmy się co robić. Byliśmy jeszcze kawałek od ulicy, gdy zauważyliśmy, że jakiś pojazd wjeżdża w drogę, którą szliśmy. Na początku pomyślałam, że to jacyś ludzie, jednak zaczęli się powoli zatrzymywać gdy nas zobaczyli i w końcu stanęli i nas przywołali. Z , jak się okazało, wozu wojskowego, wysiadły cztery uzbrojone w karabiny osoby – trzech mężczyzn i jedna kobieta. Trochę nas zamurowało, nie spodziewaliśmy się tego. Rozmawiała z nami kobieta, tylko ona chyba mówiła płynnie po angielsku. A przynajmniej tak nam się wydawało…

– Co tutaj robicie? – zapytała sucho.
– Zwiedzaliśmy Red Canyon, przyjechaliśmy taksówką, która miała nas później odebrać, jednak numer nie działa i nie możemy się dodzwonić…
– Skąd przyjechaliście?
– Z Eilatu, hotel Rimonim Central Park. Jesteśmy Polakami.
– Nie można tutaj przebywać po zmroku.

Jak się później dowiedzieliśmy,  był to patrol graniczny.
– Moglibyście nam zadzwonić po taksówkę? – zapytaliśmy zadowoleni, uważając to za najlepsze wyjście. Wcześniej wzięli od nas komórkę i próbowali z niej zadzwonić,  jednak numer nie działał, tak jak wcześniej.
Skinęli głową i wyciągnęli telefony. Również mieli z tym problem. Widziałam, że szukają numeru w internecie. Powiedzieli też coś po hebrajsku przez krótkofalówki, później jedno z nich wzięło swój telefon i dali go kobiecie. To ona z nami rozmawiała, była tłumaczem, dzwoniła po taksówkę, prowadziła wóz. W końcu udało im się dodzwonić.

IMG_9707

Rozmawiała po hebrajsku, na chwilę przerwała i zapytała nas po angielsku czy cena sto szekli nam odpowiada, powiedzieliśmy że tak, zamówiła i się rozłączyła.
– Taksówka będzie za dwadzieścia minut. Poczekamy z wami. Nie zbliżajcie się do granicy z Egiptem. Stójcie tak, żebyśmy was widzieli.
Wsiedli jednak po chwili do auta i odjechali kawałek. Robiło się coraz zimniej, minuty mijały, taksówki nadal nie było. Przyjechali znowu, otworzyli drzwi, włączyli muzykę, trójka wysiadła, zaczęliśmy gadkę-szmatkę.
– Na początku trochę nas wystraszyliście – powiedział mój chłopak do dziewczyny, która się zaśmiała.
– Patrolujecie granicę? – zapytałam
– Tak. Mamy dla was bluzy – opowiedział mężczyzna, który wcześniej się nie odzywał. Podszedł do mnie z bluzą, powiedziałam, że nie chcę, że nie jest mi aż tak zimno, jednak nie było sprzeciwu. Sam zarzucił mi ją na ramiona, mimo protestów.
– Jest zimno. Zobacz, masz wojskową bluzę – pokazał na znaczek.  Później śmiał się trochę z mojej wcześniejszej reakcji.
Taksówka nadal nie przyjeżdżała, minęło już około pół godziny, rozmawialiśmy więc dalej.
– Byłam w Polsce, w Oświęcimiu, z wycieczką.
– Ja nie byłem, ale moja dziewczyna była – odpowiedział mój chłopak – Rafał.
Taksówka przyjechała po 40 minutach, zdążyłam jeszcze zapytać się czy mogę zrobić zdjęcie. Jest na nim wóz i mężczyzna, który siłą ubrał mnie w zieloną, polarową bluzę. Podziękowaliśmy im za pomoc, pożegnaliśmy się i wsiedliśmy do taksówki.

hrey

Taksówkarz okazał się bardzo miły i bardzo dobrze mówił po angielsku. Miał świetny akcent. Zaczęłam z nim rozmowę o Jordanii. Dowiedziałam się wtedy, że jeśli jedzie się do niej na jeden dzień, a nie wykupuje noclegu na miejscu to trzeba mieć wizę – szczerze mówiąc nie wiedziałam o tym. W internecie jedyne informacje jakie znalazłam to takie, że płaci się około 100 zł za wyjazd z Izraela, później za taksówkę aby dojechać do miasta (Akaby) przez teren wojskowy, a później za opuszczenie Jordanii i powrót do Izraela. Jeśli chodzi o wizę to czytałam, że nie trzeba jej posiadać jeśli jest się tam mniej niż trzy dni, jednak okazało się, że jeśli jest się 1 dzień to jest ona potrzebna (koszt to 100 dolarów za osobę i czeka się jeden dzień). Mężczyzna wymienił nam także atrakcje, które warto zobaczyć w Eilacie, jednak byliśmy już prawie wszędzie, więc nic nowego się nie dowiedzieliśmy. Dojechaliśmy po 20 minutach do miasta, zapłaciliśmy 100 szekli i wróciliśmy do hotelu. Nasze buty zmieniły kolor z czarnych na szare, moje rajstopy były podarte, nogi bolały od chodzenia – była godzina 19, gdy przekroczyliśmy próg pokoju.

Jaki jest morał tej historii? Jeśli udajesz się gdzieś taksówką -zawsze sprawdzaj, czy numer który ci dają działa. Weź ze sobą telefon, nawet jeśli jedziesz na pustynię (przy drodze jest zasięg). Weź ze sobą coś ciepłego do ubrania, bo po zmroku robi się bardzo zimno (w zimie słońce zachodzi o godzinie 17). Weź ze sobą koniecznie wodę! I trzymaj się jak najbliżej drogi, ponieważ po zmroku wychodzą dzikie zwierzęta, a także nie wiadomo czy w coś nie wejdziesz, skądś nie spadniesz, coś ci się nie stanie, a gdy jesteś sam – nikt ci nie pomoże.

facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail